Trochę o ludziach, Puławach i innych wrażeniach.

Pisanie bloga jest czynnością uciążliwą. W niewytłumaczalny sposób blog zmusza właściciela do posiadania swojego zdania. W wielu przypadkach mógłby milczeć przyjmując postawę cierpliwą i wyczekującą. Co zapewne dla niego byłoby korzystniejsze. Ja jednak nie będę maszerował po „łatwiźnie”. Będę się wyrażał.
Dopiero co zakończony turniej w Puławach wzbudził nieco żywszą wymianę poglądów na facebok`u. A tymczasem mimo zmiany na stanowisku dyrektora (głównego organizatora turnieju) „Domu Chemika” nie tylko się odbył ale wcale nie odbiegał od standardu do którego organizatorzy zdążyli nas przyzwyczaić przez ostatnie 11 lat. Ktoś tam nieobecny, może znać jedynie opinie z drugiej ręki, czyli nie tylko zwyczajnie subiektywne (co by wcale nie dziwiło), ale także nastrojone dźwiękiem adekwatnym do sukcesu lub porażki na turniejowym parkiecie. Innymi słowy: do oceny mogą przystąpić jedynie Ci, którzy własnym wzrokiem i własnym palcem dotknęli rzeczywistości.
Nadszedł czas na moją opinię. Jest bardzo pozytywna. Na szczególny aplauz zasłużył (moim zdaniem) konkurs kar mazurowych. Z radością i zapartym tchem śledziłem prezentacje przygotowane i wykonane na parkiecie. Zwykle decyzje sędziowskie w tej konkurencji nie sprawiają trudności. Tym razem nie było jednomyślności wśród sędziowskiego grona. Właściwie każda ekipa mogła zwyciężyć. Konkurs kar mazurowych podskoczył w notowaniach o klasę wyżej. Było na co popatrzeć. Było co podziwiać. Dobry wiatr zaczął hulać po naszym parkiecie.
Trzeba również przyznać, że doświadczenie nie dało się młodości. Wygrali faworyci. Warto jednak zwrócić uwagę na znaczące jakościowe zmiany jakie zaszły w przypadku wielu par. Coraz odważniej na podium wkraczają pary z „Zamojszczyzny”. Wyraźne zmiany na lepsze zaszły także w olsztyńskiej „Warmii”. Jednak przede wszystkim cieszy bardzo dobra forma i uzasadnione sukcesy gospodarzy turnieju – puławskie „Powiśle”.

Para która zrobiła najlepsze wrażenie.
Od dzisiaj będzie to rubryka blogu. Pod tym tytułem będę się starał przedstawiać czytelnikom pary które wzbudziły we mnie największe pozytywne emocje.

Tym razem to para z IV kategorii w klasie A z wilanowskiej „Kuźni Artystycznej”: Aleksandra Sokołowska i Jan Hamerszmit. Zacznę od historii: Ola zawsze była zbyt niską partnerką dla Janka. Jednak mimo tego para zawsze dobrze radziła sobie z taneczną materią. Nigdy również nie przypominam sobie ich kłopotów z pierwszym kryterium oceny par na parkiecie czyli muzykalnością. Ich taniec zawsze przesycony był nad-aktywnością partnera, powiedziałbym nawet, że zbyt konturowe i przerysowane akcje nadawały parze nienaturalny wizerunek. Tym razem było swobodnie i płynnie. W ich tańcu nie zauważało się przymusu rywalizacji, była za to radość z tańca i świadomość własnych umiejętności. Trzeba też zwrócić uwagę na nowe niezwykle udane choreografie przygotowane przez Agnieszkę Nagnajewicz. Dociekliwych namawiam na dokładniejsze przyjrzenie się parze przy okazji następnych prezentacji. Pani Agnieszko, gratuluję z całego serca świetnych choreografii, doświadczonej i uroczej pary. Z pewnością jesteście na właściwej drodze. Żal tylko, że jest tak wyboista.

Podsumowanie roku, które miało być krótkie.

Gdy na horyzoncie pojawiają się święta Bożego Narodzenia w jakiś niewyjaśniony sposób opada na nas mgła nostalgii i dobra, którym (jak głosi ta wrażliwsza część społeczeństwa) należy obdarzać otaczających nas ludzi i świat. Byłbym nieuczciwy nie przyznając się do takiej przypadłości. Tak, jestem sentymentalny i nie waham się o tym mówić chociaż to takie średnio męskie (nie mówienie tylko owa liryczność osobowości, ma się rozumieć). Tyle tytułem wstępu. Główną częścią mojej tyrady będzie jak najkrótsza reminiscencja odchodzącego już roku w wersji emocjonalnej. A wydarzyło się wiele.

Uczestniczyłem jako sędzia w wielu turniejach. Jestem Wam za to wdzięczny i bardzo dumny. Miałem okazję nie tylko uczestniczyć w przygotowanym przez Was święcie tańca ale i co ważniejsze, nabrać zarówno doświadczenia jak i dystansu do wielu zjawisk pojawiających się na naszych parkietach. Część z Was zapewne zastanowi samo słowo – dystans nie w każdym wzbudzające zaufanie. Mam na myśli swego rodzaju akceptację a co najmniej zrozumienie mechanizmów rządzących naszą taneczną rzeczywistością. Chociażby taka kwestia: każdy instruktor jest, w pewnym zakresie i sytuacji artystą. Świadomość istnienia tego zjawiska (na każdym etapie pracy edukacyjnej) rozświetla nam wewnętrzną, bez mała intymną potrzebę komplikowania akcji ruchowej pary na parkiecie. Mimo pozornego braku logicznego uzasadnienia dla tego działania, ono istnieje. Wnioski: Dzięki temu pracujemy nad estetyką płynnych połączeń kroków i figur. Eliminujemy niezdarne wykonania. Trudne elementy, mimo wszystko, wymuszają na tancerzach pracę nad sobą. Instruktorzy uczą się rzetelnej oceny proponowanych przez siebie rozwiązań choreograficznych. Jednak nade wszystko kształtujemy własną i nie tylko estetykę. Nie zmienia to faktu, iż tego rodzaju praktyki rzadko prowadzą do sukcesu. Jestem ponadto pewien, że idea twórców turniejów tańców polskich stara się sugerować przekonanie o potrzebie pracy nad podstawami tańca nie bez powodu.

Prowadziłem sporo warsztatów. Poznałem lepiej wielu instruktorów i choreografów. Wiele godzin spędziłem doszukując się błędów, niedociągnięć i niekonsekwencji. Nie jest to praca ani łatwa ani przyjemna. Jednak najważniejsze, że spotkałem tam tylu wspaniałych i oddanych swojej pasji ludzi. Tam słowo „człowiek” rzeczywiście brzmi dumnie. Skąd oni się biorą? W dzisiejszym oceanie agresji, obojętności i egocentryzmu jak wyspy narażone na chłód, wiatr i deszcze trwają emitując ciepło, budując falochrony, światłem rozjaśniając drogę innym. Piękna metafora. Prawda? I do tego prawdziwa, jak nie wiem co. Pozwolę sobie teraz na dygresję. Kiedyś w trakcie dyskusji z radnym miejskim miałem okazję usłyszeć takie zdanie: Panie Jarku, umówmy się, ten zespół najbardziej potrzebny jest panu! Początkowo moje oburzenie eksplodowało niczym granat. Jednak po ustąpieniu najsilniejszych emocji musiałem się z tym radnym zgodzić. Z jednej strony, logika tego stwierdzenia zakłada, że każdy komu zależy na pracy jest egoistą i egocentrykiem, (oczywista nieetyczność tego osądu tkwi w sugestywnym przerzuceniu odpowiedzialności za działania władzy na barki najbardziej podatnego ogniwa procesu edukacji czyli oddanego swej pracy i młodzieży nauczyciela), z drugiej jest to prawda. Są między nami ludzie, dla których praca instruktora tańca polskiego jest potrzebą, powołaniem i radością. Są pośród nas ludzie, którym naprawdę zależy. Tyle, że to powód do dumy a nie tłumaczeń. Powróćmy do meritum (bo inaczej mało kto będzie miał cierpliwość to przeczytać). Z początku nie chciałem wymieniać nazwisk. Polacy uważają, że nie przystoi nie tyle kogoś chwalić, co być chwalonym. Życie jednak zmienia się nieustannie. Czas już wiedzieć who is who?
Odniosłem takie wrażenie, że zespoły w Zamościu, Siemiatyczach oraz Sokołowie to rodziny i przyjaciele. O zamojskiej i siemiatyckiej już pisałem więc odsyłam do wcześniejszych publikacji. Zatem kilka słów o Pani Iwonie i jej familii.

Pani Iwona Kopiwoda zna swych podopiecznych sięgając w ich koligacje aż po babcie i stryjków. Zna to zbyt mało powiedziane. Wie o ich szkolnych i prywatnych problemach. Uczestniczy w ich rozplątywaniu. Jak matka cieszy się z ich sukcesów. Zakochani w niej rodzice w czasie gdy miała kontuzjowaną nogę, dowozili ją na zajęcia z Siedlec własnymi samochodami, a jej własne chłopaki, gdy mama pracowała, spędzali czas pod ich „rodzicielską” opieką.
- Nie można dobrze zajmować się zespołem nie znając ich własnego środowiska. Trzeba umieć i móc poświęcić im czas. Dlatego tak bardzo jestem wdzięczna mężowi, który rozumie mnie , moje problemy i zadania. Lubię swoją pracę. Lubię „mój” zespół. Nie chciałabym robić nic innego.
Zespół składa się z ponad setki dzieci, młodzieży i dorosłych. Jak na niewielkie miasto to wynik imponujący. Tym bardziej, że Zespół Pieśni i Tańca „Sokołowianie” nie ma długiej historii.
W tej swego rodzaju ludzkiej szaradzie zjawiskiem są rodzice sokołowskich dzieci i młodzieży. To im, ich pomocy i zaangażowaniu zespół zawdzięcza sporą część swych niewątpliwych sukcesów. Najlepszym tego przykładem jest organizacja I Międzynarodowego Turnieju Tańców Polskich „ O Złote Pióro Księcia Michała Kleofasa Ogińskiego”. Niewątpliwie należą się za to słowa podziękowań i szacunku.
Czas na podsumowanie: Wiele słów i hektary papieru zapisano instrukcjami mówiącymi jak stworzyć i prowadzić grupy amatorskiego ruchu artystycznego. Ja również nie odkrywam Ameryki mówiąc, że przede wszystkim trzeba znaleźć lidera, który popchnie nas do działania, wyznaczy cele, poprowadzi do nich. Człowieka, który spoi środowisko, nie dopuści do wyodrębnienia wrogów. Nauczyciela, który pomoże nam wychować i wyedukować nasze dzieci. Artystę, który potrafi wskazać piękno w otaczającej nas rzeczywistości. Innymi słowy, jeśli chcecie osiągnąć sukces musicie znaleźć swoją własną IWONKĘ.

Najlepszy turniej w 2011 roku to moim zdaniem konkurs w Wieliszewie. Dziwi Was zapewne moja niezakamuflowana opinia. Myślę jednak, że są rzeczy, które zasługują na wypowiedzenie. I to właśnie jedna z nich. Wieliszew jest miejscem gdzie turniej tańca polskiego otrzymuje najlepsze z możliwych warunków do startu i pobytu. Świadczy o tym najwyższa frekwencja. Prawda, że jest to od lat miejsce organizacji Mistrzostw Polski. Trzeba jednak pamiętać, że owe, rozgrywane są jedynie w klasie A, a frekwencję budują głównie uczestnicy turnieju „Mazur” odbywającego się w klasie niższej. Na szczególną uwagę zasługuje, obok samej organizacji, wystrój wnętrza. Wszyscy musimy przyznać, że sala sportowa na czas turnieju zamienia się w salę balową a kamery nieustająco omiatają przestrzeń wokół i nad parkietem.

Pary zasługujące na większą uwagę lub uwagę w ogóle:

W kategorii I – Patryk Częścik i Zuzanna Stec z Sokołowa.
Rzadko spotykamy pary w kategorii pierwszej, które reprezentują podobny poziom prezentacji. Są niezwykle (jak na tę kategorię) precyzyjni. Bardzo muzykalni i przejęci tańcem.

W kategorii II – Maciej Miś i Karolina Miśkiewicz z Nowej Rudy.
Jeśli ktoś posiada swoistą i niczym nie ograniczoną umiejętność tańca to właśnie jest to Karolina. Urocza i pełna wdzięku, poruszająca się płynnie i delikatnie po parkiecie. Partner, zdecydowanie bardziej ostry. Zdradza czasami efekt przerysowania. Jest męski i zdecydowany co w moich oczach stanowi lekki dysonans z wiekiem tancerza. Mimo tego to z pewnością jeden z najlepszych tancerzy w swojej kategorii.

W kategorii III – Dawid Kowalczuk i Katarzyna Mokrzyńska z Zamościa.
Para o niezwykłej płynności ruchu. Pięknie poruszająca się po parkiecie. Dawid jest odrobinę zbyt niski dla swojej partnerki, co niestety jest całkiem naturalnym zjawiskiem w ich wieku, przez co para może być nie zawsze dobrze postrzegana. Szczególnym ich walorem jest przestrzenność realizowana w każdym z tańców. Asem w rękawie są kroki oberka. Dodatkowym atutem – wysoka estetyka kostiumu i nie pretensjonalność zachowań tanecznych.

W kategorii IV – Mateusz Szyszko i Agata Szulc
Jest to para o niezwykłej dynamice i ekspresji. A mimo tego nie ma w nich przesady i przerysowań. Gra i relacje w parze są, moim zdaniem, bardzo zbliżone do tradycyjnego wizerunku w tańcu polskiej kobiety i polskiego mężczyzny. Trochę żal, że partnerka nie posiada odrobiny więcej autonomii, bo z pewnością jako tancerka na nią zasługuje. Partner jest w tańcu męski i zdecydowany. Mankamentem są specyficzne i nieustannie „kultywowane” kroki oberka oraz krok podstawowy mazura.

Niedawno temu prowadziliśmy, w sędziowskim gronie, dyskusję (bardzo gorącą) nad „właściwą postawą sędziowską”. Nie ukrywam zrobiła na mnie całkiem duże wrażenie. Nie wynika z niej prosta relacja: sędzia = (równa się) człowiek. Celem działania jurora (według jurora) jest czysta, niezabarwiona emocjonalnie decyzja dotycząca uszeregowania uczestniczących w turnieju par od najlepszej do najsłabszej. Oczywiście mamy swych faworytów, ale żeby nim zostać trzeba to bez przerwy udowadniać. Sędziowie lubią mistrzów, ponieważ ocena ich nie nastręcza problemów. Sędziowie lubią także pary młode, ambitne, dążące do zwycięstwa – one najlepiej anonsują sędziowski zmysł obserwacji. Sędziowie kochają pary technicznie doskonałe, bo wtedy wreszcie mogą oceniać artystyczną wartość prezentacji. Sędziowie znają polskie tańce narodowe. Oni kochają je. Dbają o ich kondycję. O ich wizerunek. Czy to nie są wystarczające dowody na bycie człowiekiem?

W grudniu, 2011 roku Przewodniczącym Komisji ds. Tańców Polskich PS CIOFF został Pan Jan Łosakiewicz.

Jarosław Wojciechowski

Idzie nowe

Stało się. Chciałoby się powiedzieć z angielska „The king died. Long live the King”. Prezydium Komisji ds. Tańców Polskich przeszło bardzo istotną reorganizację. Zawsze jestem i byłem zwolennikiem „nowego” mimo iż owo „nowe” nie zawsze wnosi „lepsze”. Jednak ta sytuacja, ma się nieco inaczej. Brak zdrowia rzadko jest rzetelnym powodem ustąpienia ze stanowiska. W tym jednak przypadku zarówno Pani dr Maria Kapczyńska jak i Pan dr Ryszard Teperek od jakiegoś czasu prawdziwie borykali się ze swoim zdrowiem. Myślę, że tej decyzji nie podjęli z radością i zadowoleniem. Szczególnie dr Ryszard Teperek od lat „zakręcony” tańcami polskimi, żyjący problemami naszego środowiska, zaangażowany jak mało kto w prace i misję komisji, musiał (jak się domyślam) sporo poświęcić czasu na przeanalizowanie swoich możliwości i pragnień. Podjął decyzję (z pewnością) z myślą o dobru komisji i tańcach polskich. Na specjalne podziękowania, nowy przewodniczący, zapewne znajdzie stosowną okazję. Ja chciałbym jako bliski współpracownik Pana przewodniczącego zauważyć, że wraz z jego odejściem (z funkcji) zakończy się pewna epoka albo, żeby nie używać zbyt wielkich słów, okres działalności komisji.
Jak było? I ciężko i radośnie i dumnie i smutno i nawet heroicznie. Jak w życiu, ale chyba udanym i pełnym sukcesów. Bardzo dużo zostało zrobione. W tej kadencji zbudowano od podstaw całe miasto. Trochę jak Warszawę. Jest tu Starówka, MDM, Łazienki i Centrum Kopernika. Jest też Pałac Kultury i pomnik Braterstwa Broni. Nie uchroniliśmy się od błędów i niedoróbek, ale ów kunsztowny „twór” ma swój mocny fundament, charakter, szanse rozwoju i fanów w kraju i poza jego granicami. Może właśnie „fani” są najważniejszym elementem naszej składanki? Stive Jobs mówiąc o koncernie „Apple” stwierdził, że jego fenomenem jest fakt posiadania fanów, a nie jedynie odbiorców. Pan dr Teperek również ma swoich fanów. Dzięki jego osobistej kulturze, umiejętności oziębiania nieraz gorącej atmosfery, pracowitości i czasami uciążliwej dokładności znaleźliśmy się w przededniu mistrzostw Europy i rychłej uroczystości uruchomienia drugiej nitki Metra. Taaaaak. Wykorzystując możliwość publikacji chciałbym tą drogą podziękować Ci Rysiu za lata spędzone przy telefonie, na Skypie i spotkaniach nie tylko tych prezydialnych. Dzięki Tobie sporo się w życiu nauczyłem. Doświadczyłem też wielu sytuacji, które z pewnością pozostaną w mej pamięci. Dziękuję Ci za nie, mój nauczycielu. To wspólne budowanie było dla mnie zaszczytem.
Jarosław Wojciechowski.

KIDS FUN FOLK POZNAŃ 2010

Z pewnością strona tańców polskich nie jest najwłaściwszym forum do zwrócenia uwagi naszej małej społeczności na aktywne działania instruktorów wykraczające poza gamę naszych „towarzyskich” zainteresowań. Nie zmienia to faktu, że tacy są wśród nas. Niewiele też o nich wiemy….. Może trochę przesadziłem z tą niewiedzą? Myślę jednak, że dobrze jest wiedzieć, z kim się przestaje i ile nasi przyjaciele są warci.
Pod koniec sierpnia otrzymałem interesującą informację o I Międzynarodowym Dziecięcym Festiwalu Folkloru „KIDS FUN FOLK POZNAŃ 2010”, który odbył się w początkowych dniach czerwca (jak sama nazwa wskazuje) w Poznaniu. Oprócz głównego organizatora, nie znam nikogo, kto byłby uczestnikiem czy gościem tego spotkania. Znając jednak siłę i determinację Jagody Banaś (dyrektora artystycznego festiwalu) w przezwyciężaniu trudności piętrzących się przed organizatorami projektów z folklorem w nagłówku, jestem całkowicie przekonany o sukcesie całego przedsięwzięcia. Wszyscy, którzy maczali swe palce w organizacji imprez adresowanych do dzieci, zapewne znają cenę, jaką trzeba „zapłacić” za jej szczęśliwe przeprowadzenie. Dzisiaj, choć już nudziarskie jest twierdzenie, że wychowywanie młodzieży w naszych „trudnych” czasach wymaga wiedzy, poświęcenia i doświadczenia, musimy mieć świadomość, że właśnie owych poświęceń i wręcz pozytywistycznej pracy nie będzie nigdy dosyć. W otaczającej nas, zdehumanizowanej rzeczywistości każde takie działanie (nawet jeśli nie dzieje się pod patronatem CIOFF) warte jest szacunku i nagłośnienia. Niech zatem, zgodnie z życzeniem organizatorów, również następny rok obrodzi spotkaniem dzieci z różnych stron świata. A tymczasem wejdźcie na stronę KIDS FUN FOLK POZNAŃ 2010 i sami zobaczcie uśmiechnięte twarze szczęściarzy – uczestników festiwalu w Poznaniu.

Będzie fajniej.

W klasycznej piramidzie potrzeb człowieka kultura znajduje się na dnie. Pewnie dlatego nie ma pieniędzy na tańce polskie i prawdopodobnie ich nie będzie. Mam przeczucie, że szybko się ten stan rzeczy nie zmieni. W odpowiedzi na owo wrażenie nasuwa się konkluzja: jeśli sami nie zaczniemy działać, manna z nieba nam nie spadnie. Dzisiaj, jedynym czego możemy dokonać bez pieniędzy, to podnieść poziom artystyczny, a w konsekwencji podkreślić atrakcyjność naszych pokazów. Logika wskazuje, że dzięki temu mamy szansę zwrócić na siebie bardziej spektakularny typ uwagi. Ostatnia propozycja Komisji ds. Tańców Polskich, choreografie staną się właśnie takim impulsem, który w naszym środowisku powinien przyspieszyć proces wspinania się na coraz wyższe piętra wieży symbolizującej sztukę tańca. Właśnie dzięki obrazom tanecznym będziemy mogli szczególnie docenić sztukę, wyobraźnię i umiejętności choreograficzne skromnych – jak dotąd – instruktorów mozolnie pracujących w swych rodzimych zespołach. Niewątpliwie będziemy również mieć okazję do wymiany doświadczeń, pomysłów czy choćby nowych zastosowań do dzisiaj niepopularnych figur czy póz. Powoli będziemy stawać się mistrzami formy, która wkracza do historii tańca żwawym krokiem. O niejednym z nas zostanie napisana książka a studenci na wykładach uczyć się będą o prekursorach tej formy tańca w Polsce. Fajnie co nie?

Bądźcie piewcami polskiego stylu!

Kryzysowe problemy dotyczą nie tylko organizatorów, ale również uczestników. Te, o których chcę napisać, pojawiły się jednak wcześniej i tylko pośrednio związane są z brakiem pieniędzy a bezpośrednio z poczuciem estetyki. Stroje, albo jak kto woli kostium turniejowy, moim zdaniem, powtarzam jeszcze raz, moim zdaniem, nie tylko pozostawia wiele do życzenia, ale jest po prostu mało atrakcyjny i na dodatek tendencja owej małości jest wzrostowa. Chłopcy i panowie mimo obiegowego przeświadczenia, że ich kostium jest niewymagający dawno już przestali myśleć, że przymiotnik wizytowy tak naprawdę nie dotyczy błyszczącej koszuli albo kamizelki z jedwabiopodobnymi plecami a jasne skarpety do ciemnych spodni pasują jedynie Michaelowi Jacksonowi. Jeszcze trudniejsza sytuacja dotyczy dziewcząt. Dominują mdłe sukienki bez specjalnego charakteru albo miniatury kreacji bardziej odpowiednich dla mam niż dla córek. Szczytem wszystkiego są jednak fryzury. Głowy panów nastroszone żelem, wystrzyżone pankową modą. Damskie zaś, trefione z niespotykaną pieczołowitością dalekie od prostego, sielskiego warkocza raczej dziwią niż są podziwiane. Sięgnijcie proszę do klasyki polskiego ubioru, pozwólcie zaistnieć pięknym i przecież znajomym wzorom rodzimej kreacji. Bądźcie piewcami polskiego stylu.

Róbmy swoje

To co mnie aktualnie najbardziej zasmuca to finansowe reperkusje kryzysu ekonomicznego na stan turniejów tańców polskich. Niektóre z ostatnio odwołanych turniejów przez wiele lat skutecznie przeciwstawiało się zakusom ograniczenia czy też zniknięcia turniejów z planów budżetowych naszych rodzimych placówek kultury. Teraz zauważam, że nie reagujemy na takie pomysły ze zdecydowaną dezaprobatą. A powinniśmy. Nasze działania organizatorskie to nie tylko promocja tańca polskiego czy właściwej pracy wychowawczej i edukacyjnej, to również promocja nas samych jako sprawnych i nietuzinkowych realizatorów imprez o zasięgu ogólnopolskim i regionalnym. Efekty naszej pracy są również w naszym interesie. Róbmy więc swoje, tak jak doradza nam poeta polskiej piosenki Wojciech Młynarski.