Podsumowanie roku, które miało być krótkie.
Gdy na horyzoncie pojawiają się święta Bożego Narodzenia w jakiś niewyjaśniony sposób opada na nas mgła nostalgii i dobra, którym (jak głosi ta wrażliwsza część społeczeństwa) należy obdarzać otaczających nas ludzi i świat. Byłbym nieuczciwy nie przyznając się do takiej przypadłości. Tak, jestem sentymentalny i nie waham się o tym mówić chociaż to takie średnio męskie (nie mówienie tylko owa liryczność osobowości, ma się rozumieć). Tyle tytułem wstępu. Główną częścią mojej tyrady będzie jak najkrótsza reminiscencja odchodzącego już roku w wersji emocjonalnej. A wydarzyło się wiele.
Uczestniczyłem jako sędzia w wielu turniejach. Jestem Wam za to wdzięczny i bardzo dumny. Miałem okazję nie tylko uczestniczyć w przygotowanym przez Was święcie tańca ale i co ważniejsze, nabrać zarówno doświadczenia jak i dystansu do wielu zjawisk pojawiających się na naszych parkietach. Część z Was zapewne zastanowi samo słowo – dystans nie w każdym wzbudzające zaufanie. Mam na myśli swego rodzaju akceptację a co najmniej zrozumienie mechanizmów rządzących naszą taneczną rzeczywistością. Chociażby taka kwestia: każdy instruktor jest, w pewnym zakresie i sytuacji artystą. Świadomość istnienia tego zjawiska (na każdym etapie pracy edukacyjnej) rozświetla nam wewnętrzną, bez mała intymną potrzebę komplikowania akcji ruchowej pary na parkiecie. Mimo pozornego braku logicznego uzasadnienia dla tego działania, ono istnieje. Wnioski: Dzięki temu pracujemy nad estetyką płynnych połączeń kroków i figur. Eliminujemy niezdarne wykonania. Trudne elementy, mimo wszystko, wymuszają na tancerzach pracę nad sobą. Instruktorzy uczą się rzetelnej oceny proponowanych przez siebie rozwiązań choreograficznych. Jednak nade wszystko kształtujemy własną i nie tylko estetykę. Nie zmienia to faktu, iż tego rodzaju praktyki rzadko prowadzą do sukcesu. Jestem ponadto pewien, że idea twórców turniejów tańców polskich stara się sugerować przekonanie o potrzebie pracy nad podstawami tańca nie bez powodu.
Prowadziłem sporo warsztatów. Poznałem lepiej wielu instruktorów i choreografów. Wiele godzin spędziłem doszukując się błędów, niedociągnięć i niekonsekwencji. Nie jest to praca ani łatwa ani przyjemna. Jednak najważniejsze, że spotkałem tam tylu wspaniałych i oddanych swojej pasji ludzi. Tam słowo „człowiek” rzeczywiście brzmi dumnie. Skąd oni się biorą? W dzisiejszym oceanie agresji, obojętności i egocentryzmu jak wyspy narażone na chłód, wiatr i deszcze trwają emitując ciepło, budując falochrony, światłem rozjaśniając drogę innym. Piękna metafora. Prawda? I do tego prawdziwa, jak nie wiem co. Pozwolę sobie teraz na dygresję. Kiedyś w trakcie dyskusji z radnym miejskim miałem okazję usłyszeć takie zdanie: Panie Jarku, umówmy się, ten zespół najbardziej potrzebny jest panu! Początkowo moje oburzenie eksplodowało niczym granat. Jednak po ustąpieniu najsilniejszych emocji musiałem się z tym radnym zgodzić. Z jednej strony, logika tego stwierdzenia zakłada, że każdy komu zależy na pracy jest egoistą i egocentrykiem, (oczywista nieetyczność tego osądu tkwi w sugestywnym przerzuceniu odpowiedzialności za działania władzy na barki najbardziej podatnego ogniwa procesu edukacji czyli oddanego swej pracy i młodzieży nauczyciela), z drugiej jest to prawda. Są między nami ludzie, dla których praca instruktora tańca polskiego jest potrzebą, powołaniem i radością. Są pośród nas ludzie, którym naprawdę zależy. Tyle, że to powód do dumy a nie tłumaczeń. Powróćmy do meritum (bo inaczej mało kto będzie miał cierpliwość to przeczytać). Z początku nie chciałem wymieniać nazwisk. Polacy uważają, że nie przystoi nie tyle kogoś chwalić, co być chwalonym. Życie jednak zmienia się nieustannie. Czas już wiedzieć who is who?
Odniosłem takie wrażenie, że zespoły w Zamościu, Siemiatyczach oraz Sokołowie to rodziny i przyjaciele. O zamojskiej i siemiatyckiej już pisałem więc odsyłam do wcześniejszych publikacji. Zatem kilka słów o Pani Iwonie i jej familii.
Pani Iwona Kopiwoda zna swych podopiecznych sięgając w ich koligacje aż po babcie i stryjków. Zna to zbyt mało powiedziane. Wie o ich szkolnych i prywatnych problemach. Uczestniczy w ich rozplątywaniu. Jak matka cieszy się z ich sukcesów. Zakochani w niej rodzice w czasie gdy miała kontuzjowaną nogę, dowozili ją na zajęcia z Siedlec własnymi samochodami, a jej własne chłopaki, gdy mama pracowała, spędzali czas pod ich „rodzicielską” opieką.
- Nie można dobrze zajmować się zespołem nie znając ich własnego środowiska. Trzeba umieć i móc poświęcić im czas. Dlatego tak bardzo jestem wdzięczna mężowi, który rozumie mnie , moje problemy i zadania. Lubię swoją pracę. Lubię „mój” zespół. Nie chciałabym robić nic innego.
Zespół składa się z ponad setki dzieci, młodzieży i dorosłych. Jak na niewielkie miasto to wynik imponujący. Tym bardziej, że Zespół Pieśni i Tańca „Sokołowianie” nie ma długiej historii.
W tej swego rodzaju ludzkiej szaradzie zjawiskiem są rodzice sokołowskich dzieci i młodzieży. To im, ich pomocy i zaangażowaniu zespół zawdzięcza sporą część swych niewątpliwych sukcesów. Najlepszym tego przykładem jest organizacja I Międzynarodowego Turnieju Tańców Polskich „ O Złote Pióro Księcia Michała Kleofasa Ogińskiego”. Niewątpliwie należą się za to słowa podziękowań i szacunku.
Czas na podsumowanie: Wiele słów i hektary papieru zapisano instrukcjami mówiącymi jak stworzyć i prowadzić grupy amatorskiego ruchu artystycznego. Ja również nie odkrywam Ameryki mówiąc, że przede wszystkim trzeba znaleźć lidera, który popchnie nas do działania, wyznaczy cele, poprowadzi do nich. Człowieka, który spoi środowisko, nie dopuści do wyodrębnienia wrogów. Nauczyciela, który pomoże nam wychować i wyedukować nasze dzieci. Artystę, który potrafi wskazać piękno w otaczającej nas rzeczywistości. Innymi słowy, jeśli chcecie osiągnąć sukces musicie znaleźć swoją własną IWONKĘ.
Najlepszy turniej w 2011 roku to moim zdaniem konkurs w Wieliszewie. Dziwi Was zapewne moja niezakamuflowana opinia. Myślę jednak, że są rzeczy, które zasługują na wypowiedzenie. I to właśnie jedna z nich. Wieliszew jest miejscem gdzie turniej tańca polskiego otrzymuje najlepsze z możliwych warunków do startu i pobytu. Świadczy o tym najwyższa frekwencja. Prawda, że jest to od lat miejsce organizacji Mistrzostw Polski. Trzeba jednak pamiętać, że owe, rozgrywane są jedynie w klasie A, a frekwencję budują głównie uczestnicy turnieju „Mazur” odbywającego się w klasie niższej. Na szczególną uwagę zasługuje, obok samej organizacji, wystrój wnętrza. Wszyscy musimy przyznać, że sala sportowa na czas turnieju zamienia się w salę balową a kamery nieustająco omiatają przestrzeń wokół i nad parkietem.
Pary zasługujące na większą uwagę lub uwagę w ogóle:
W kategorii I – Patryk Częścik i Zuzanna Stec z Sokołowa.
Rzadko spotykamy pary w kategorii pierwszej, które reprezentują podobny poziom prezentacji. Są niezwykle (jak na tę kategorię) precyzyjni. Bardzo muzykalni i przejęci tańcem.
W kategorii II – Maciej Miś i Karolina Miśkiewicz z Nowej Rudy.
Jeśli ktoś posiada swoistą i niczym nie ograniczoną umiejętność tańca to właśnie jest to Karolina. Urocza i pełna wdzięku, poruszająca się płynnie i delikatnie po parkiecie. Partner, zdecydowanie bardziej ostry. Zdradza czasami efekt przerysowania. Jest męski i zdecydowany co w moich oczach stanowi lekki dysonans z wiekiem tancerza. Mimo tego to z pewnością jeden z najlepszych tancerzy w swojej kategorii.
W kategorii III – Dawid Kowalczuk i Katarzyna Mokrzyńska z Zamościa.
Para o niezwykłej płynności ruchu. Pięknie poruszająca się po parkiecie. Dawid jest odrobinę zbyt niski dla swojej partnerki, co niestety jest całkiem naturalnym zjawiskiem w ich wieku, przez co para może być nie zawsze dobrze postrzegana. Szczególnym ich walorem jest przestrzenność realizowana w każdym z tańców. Asem w rękawie są kroki oberka. Dodatkowym atutem – wysoka estetyka kostiumu i nie pretensjonalność zachowań tanecznych.
W kategorii IV – Mateusz Szyszko i Agata Szulc
Jest to para o niezwykłej dynamice i ekspresji. A mimo tego nie ma w nich przesady i przerysowań. Gra i relacje w parze są, moim zdaniem, bardzo zbliżone do tradycyjnego wizerunku w tańcu polskiej kobiety i polskiego mężczyzny. Trochę żal, że partnerka nie posiada odrobiny więcej autonomii, bo z pewnością jako tancerka na nią zasługuje. Partner jest w tańcu męski i zdecydowany. Mankamentem są specyficzne i nieustannie „kultywowane” kroki oberka oraz krok podstawowy mazura.
Niedawno temu prowadziliśmy, w sędziowskim gronie, dyskusję (bardzo gorącą) nad „właściwą postawą sędziowską”. Nie ukrywam zrobiła na mnie całkiem duże wrażenie. Nie wynika z niej prosta relacja: sędzia = (równa się) człowiek. Celem działania jurora (według jurora) jest czysta, niezabarwiona emocjonalnie decyzja dotycząca uszeregowania uczestniczących w turnieju par od najlepszej do najsłabszej. Oczywiście mamy swych faworytów, ale żeby nim zostać trzeba to bez przerwy udowadniać. Sędziowie lubią mistrzów, ponieważ ocena ich nie nastręcza problemów. Sędziowie lubią także pary młode, ambitne, dążące do zwycięstwa – one najlepiej anonsują sędziowski zmysł obserwacji. Sędziowie kochają pary technicznie doskonałe, bo wtedy wreszcie mogą oceniać artystyczną wartość prezentacji. Sędziowie znają polskie tańce narodowe. Oni kochają je. Dbają o ich kondycję. O ich wizerunek. Czy to nie są wystarczające dowody na bycie człowiekiem?
W grudniu, 2011 roku Przewodniczącym Komisji ds. Tańców Polskich PS CIOFF został Pan Jan Łosakiewicz.
Jarosław Wojciechowski
